Zabrze Rokitnica - wypadek

Wypadek - autor Ryszard Kipias

/ 1 / 2 / 3 / 4 /

Sam nie wiem dlaczego zadałem sobie tyle trudu, aby ustalić co działo się w czasie tej niezwykłej akcji ratunkowej. Gdy rozpocząłem poszukiwania osób i różnych materiałów na ten temat, myślałem, że informacje z tamtych czasów były ostro cenzurowane i nieprawdziwe. Jednak bardzo się myliłem...

To była najtrudniejsza i najdłuższa akcja w historii polskiego ratownictwa górniczego. Użyto najlepszego z możliwych sprzętu, zaangażowano najlepszych w świecie ratowników. Tak, nasi ratownicy są najlepszymi i najbardziej oddanymi swojej służbie ludźmi. W wielu krajach stawiani są za wzór. Jeszcze się nie zdarzyło, aby w powojennej historii pozostawiono w zawale zasypanego górnika. Po żywego lub tylko po ciało, ale idą zawsze do końca, zawsze do skutku. Są na świecie kraje, gdzie po czasie, po którym mija nadzieja, kończy się akcja. Takie sytuacje miały miejsce w Meksyku, czy w Chinach. Polski ratownik to misja, zaangażowanie, poświęcenie i coś, o czym górnicy mówią bardzo rzadko. To coś, to danie wiary i nadziei każdemu, kto znajdzie się w niebezpieczeństwie.

Ratownicy to bardzo sprawni fizycznie i psychicznie ludzie. Poddawani wielu testom i badaniom, przygotowywani są do pracy w bardzo trudnych warunkach. Każdy ratownik to twardziel, dla którego walka o życie innego człowieka to chleb powszedni. Są najlepsi z najlepszych.

Mimo że w mojej rodzinie długo nie było nikogo, kto byłby związany z górnictwem, każda informacja o tragedii na jakiejkolwiek kopalni, a wypadków było bardzo wiele, powodowała w domu wymowną ciszę. Każdy, kto mieszka na Śląsku doskonale wie o czym mówię.

Miałem okazję być w kopalni podczas jej normalnej pracy. Zjechałem na poziom 765 metrów kopalni Wujek - Ruch Śląsk. Zupełnie zmieniłem pogląd na pracę górników. Widziałem w jakich warunkach pracują ludzie pod ziemią. Uważam, że każdy kto podejmuje dyskusję o pracy górników, powinien zjechać na dół, by poznać istotę problemu.

Gdy szukałem informacji o wypadku, bywałem bardzo często w Bibliotece Śląskiej. Wiele razy wertowałem prasę z tamtych czasów. Kilka razy przeczytałem książkę Janusza Roszko pt. "Zawał". Kontaktowałem się z reporterami i fotografami, którzy relacjonowali tamte wydarzenia. Efektem tych rozmów są między innymi zdjęcia pana Stanisława Jakubowskiego, które za jego zgodą publikuję na stronie. Rozmawiałem z wieloma osobami, które w większym lub mniejszym stopniu miały wpływ na wydarzenia w czasie akcji w kopalni Rokitnica w 1971 roku. Z wieloma osobami nie udało mi się już spotkać. Rodziny również nie zawsze chciały rozmawiać o tamtych wydarzeniach.

Gdy zainteresowałem się tym wypadkiem i rozpocząłem gromadzenie informacji na ten temat, spotkałem wielu ludzi, którzy nie znali nazwiska Piontek. Jednak gdy usłyszeli o górniku, który przeżył tydzień w zawalonej ścianie, bardzo często mówili, że to ten, który zjadł stylisko od łopaty... a byli i tacy, którzy dodawali, że zjadł kawałek gumowca.

Prawda jednak jest inna. Alojzy Piontek znalazł się w jednej chwili w sytuacji ekstremalnej. Nikt nigdy przecież nie szkolił górników, jak powinien zachować się człowiek zasypany pod ziemią. Piontek jednak był osobą o niezwykłej psychice. Pozwoliło mu to na przetrwanie tak długiego czasu w zawalonej ścianie. Prawdą jest, że pił własny mocz. Pragnienie było tak ogromne, że nie czuł wstrętu ani obrzydzenia. Opowiadał o tym ze szczegółami, jak porcjował sobie mocz, który pił z własnego górniczego kasku.

Nakłuwał sobie również dziąsła i rozerwał swój nadgarstek zębami, aby possać swoją krew. Lampa górnicza, która działała do samego końca akcji również była wykorzystana do oceny sytuacji. Według relacji Piontka, to dzięki niej zobaczył "dziuplę", w której dotrwał do przybycia ratowników. Miejsce w którym odzyskał przytomność po tąpnięciu, zawaliło się. Na jego szczęście udało mu się znaleźć bezpieczny punkt, do którego przedostał się gryząc nawet zębami drewniany stempel, przeszkadzający mu w zmianie swojego położenia.

Szukaj

Menu

Losowe zdjęcie

Dobrze wiedzieć

Losowe zdjęcie